Raport tygodniowy Gold Finance

przez | 10/11/2009

Na światowym rynku walutowym nic nowego pod słońcem. Akcje na Wall Street tracą, dolar się umacnia, indeksy idą w górę, „zielony” słabnie. Wreszcie coraz głośniej zaczyna się mówić, że dolar pełni rolę waluty wykorzystywanej w strategiach typu carry trade. Polega ona na pożyczaniu w walucie krajów, gdzie stopy procentowe są najniższe i inwestowaniu tych pieniędzy w waluty innych krajów lub inne aktywa, głównie zagranicą, dające szansę na większy zysk. Ten mechanizm powoduje, że występuje dobrze znane giełdowo-dolarowe ujemne sprzężenie zwrotne. Gdy akcje na amerykańskiej giełdzie rosną, dolary są pożyczane, natychmiast sprzedawane, czyli wymieniane na inne waluty, co powoduje osłabienie dolara. Za te waluty kupowane są np. forinty, ruble, czy złote i wymieniane na akcje lub obligacje. Po pewnym czasie kierunek transakcji się odwraca i karuzela kręci się w drugą stronę. Do niedawna główną walutą, wykorzystywaną w tego typu transakcjach, był jen. Teraz stał się nią dolar. Tezę tę pośrednio potwierdzają także niektóre prognozy. Na przykład niedawno opublikowana przez analityków Commerzbanku. Ich zdaniem, dolar może nadal tracić na wartości i wrócić do poziomu 1,5 dolara za euro w ciągu kolejnych dwóch tygodni, ponieważ nic nie wskazuje na długoterminowy powrót do aktywów uznawanych za bezpieczne.

Wracając do wydarzeń ostatniego tygodnia, gdy w poniedziałek korekta spadkowa na Wall Street osiągnęła swoje apogeum, amerykańska waluta umocniła się do poziomu 1,46 dolara za euro. Trwające od wtorku odbicie na amerykańskim parkiecie doprowadziło do osłabienia „zielonego” do 1,49 dolara za euro w czwartkowy wieczór. Giełdowy indeks S&P500 zyskiwał w tym czasie prawie 1,6%. Prognoza Commerzbanku sprawdza się więc idealnie. Finansowy świat nie zmienił się zbyt mocno od czasu upadku Lehman Brothers, który miał szansę stać się pretekstem do zaprowadzenia na nim jako takiego ładu. Dziś Goldman Sachs chwali się, że w trzecim kwartale jego wpływy z handlu na rynkach finansowych wyniosły 8,8 mld dolarów. A w poprzednich trzech miesiącach jeszcze więcej. Powodzenia, Goldman. Pamiętajcie o Lehmanie. W razie czego, kredyty da wam Fed. Na zero procent.

Nasza waluta na początku tygodnia przeżywała trudne chwile. We wtorek za dolara trzeba było płacić aż 2,94 zł. Przez moment zagrożony był szczyt słabości z początku października. Uratowało nas zahamowanie spadkowej korekty na giełdach. Średnioterminowa tendencja umacniania się naszej waluty wciąż nie jest zagrożona. Jej impet jest znacznie mniejszy niż w czerwcu i lipcu, ale trudno, by dolar taniał po 10 groszy każdego miesiąca. W kilkumiesięcznym horyzoncie kurs dolara do złotego stabilizuje się na dość niskim poziomie. Czy ktoś dziś pamięta, że jeszcze w lutym dolar był droższy o złotówkę? Euro od tego czasu staniało tylko o około 65 groszy. W tym tygodniu przedarło się jednak na moment przez szczyt z początku października. Dobre wrażenie robi to, że stało się to tylko na krótko. Ale w przypadku kursu euro do złotego mamy jednak do czynienia z łagodną tendencją do osłabiania się naszej waluty, trwającą konsekwentnie od ponad trzech miesięcy. Podobnie jest w przypadku franka. Od czasów koszmarnego dla posiadaczy kredytów w tej walucie lutego, staniał on o 50 groszy. Ale w czwartek wieczorem trzeba było za niego płacić o prawie 20 groszy drożej, niż w pierwszej połowie sierpnia. Ostatni tydzień przyniósł zmiany rzędu zaledwie 3 groszy.

Prognozy dla naszej waluty, zarówno te autorstwa rodzimych analityków, jak i tych z międzynarodowych instytucji finansowych, są nieodmiennie dla niej korzystne. Stan finansów publicznych budzi jednak coraz większe obawy i może wkrótce zmienić postrzeganie perspektyw złotego przez ekspertów. Porównania z sytuacją, w jakiej znalazły się Węgry kilka lat temu, są coraz głośniej przywoływane.

Roman Przasnyski, Gold Finance