Raport tygodniowy Gold Finance

przez | 10/11/2009

Mijający tydzień na warszawskiej giełdzie z łatwością można podzielić na dwie części. W pierwszej mieliśmy do czynienia z kontynuację spadkowej korekty, z bardzo mocnym akcentem końcowym. Indeks największych spółek stracił we wtorek ponad 3%. Nastroje zrobiły się bardzo niewesołe. Szybko jednak się zmieniły. Może nawet zbyt szybko i radykalnie. O ile bowiem nasz parkiet we wtorek należał do najgorszych w Europie, to w trakcie kolejnych dwóch sesji przodował pod względem skali zwiększania swej wartości. Nasz parkiet był silny trochę wbrew temu, co działo się na pozostałych giełdach, na których żadnej euforii nie było widać. Handel toczył się przy bardzo niskich obrotach. Oba te czynniki każą z ostrożnością podchodzić do oceny tego, co się stało i perspektyw na najbliższą przyszłość. To nasze liderowanie i podążanie własną ścieżką może bowiem bardzo szybko się skończyć. I znów skazani będziemy na humory zagranicznych inwestorów. Przebieg piątkowej sesji właśnie za takim scenariuszem przemawiał. Kiepskie dane dotyczące amerykańskiego rynku pracy spowodowały tąpnięcie naszych indeksów, chyba nieco przesadzone. Piątek upłynął też pod znakiem pierwszego notowania praw do akcji Polskiej Grupy Energetycznej. Wzrost o 13% można uznać za sukces. Ale też ich debiut chyba nieco odwrócił uwagę inwestorów od innych papierów. O ile obroty na rynku akcji były dość skromne, bo przekroczyły ledwie 1,2 mld zł, to handel prawami do akcji PGE sięgnął niemal 2,5 mld zł.

Bilans tygodnia nie był jednak najgorszy. Indeks szerokiego rynku zwiększył swoją wartość o 0,25% i utrzymał się nad poziomem 38,5 tys. punktów. WIG20 wyszedł niemal na zero (zwyżkował o zaledwie 0,09%), ale to, że nie uległ większej przecenie można uznać za sukces. Nie zachwyciły wskaźniki małych i średnich firm. sWIG80 zniżkował o symboliczne 0,01%, a mWIG40 spadł o 0,52%.

Europa

Główne europejskie giełdy nie rwały się w mijającym tygodniu do większych wzrostów. Podstawowy scenariusz poszczególnych sesji to asekuracyjny lub pesymistyczny początek handlu, czekanie na pierwsze sygnały zza oceanu i powściągliwa z reguły reakcja na nie. Jeśli początek sesji na Wall Street był optymistyczny, następowało podciąganie indeksów. Własnej inicjatywy i reakcji na lokalne informacje trudno było się doszukać, choć okazji nie brakowało. Wygląd wykresów wskaźników w Londynie, Paryżu i Frankfurcie jest niemal identyczny. Trzeba też przyznać, że choć spadkowa korekta w ich przypadku nie wygląda zbyt groźnie, to jednak wrześniowe dołki były bardzo blisko.

Wskaźnik aktywności gospodarczej w przemyśle strefy euro wzrósł z 49,3 do 50,7 punktu w październiku, zgodnie z oczekiwaniami analityków. Oznacza to, że zaczęła się faza ożywienia. Optymizmu płynącego z jednych wskaźników nie potwierdzają jednak inne dane. Sprzedaż detaliczna dość niespodziewanie spadła we wrześniu o 0,7% w porównaniu do sierpnia. Analitycy liczyli na wzrost o 0,2%. W porównaniu do września ubiegłego roku sprzedaż była niższa o 3,6% (po spadku w sierpniu o 2,3%).

Na giełdach naszego regionu zmiany były niezbyt duże i przebiegały w rytm nadawany przez Wall Street. Niemal wszystkie indeksy kończyły tydzień na niewielkich minusach.

USA

Na Wall Street silnych wrażeń w ostatnich dniach nie brakowało. Nie widać tego po bilansie pięciu sesji (od 29 października do 5 listopada), który dla wszystkich trzech głównych indeksów wyszedł niemal na zero. I to w dużej mierze dzięki jednej, czwartkowej silnej zwyżce. Bilans może i mizerny, ale ważne jest, jak do jego „skrojenia” doszło i czym się to może skończyć. Poprzedni piątek przyniósł poważne tąpnięcie na Wall Street. S&P500 stracił w jeden dzień prawie 30 punktów. Wylądował niespełna 10 punktów nad poziomem poprzedniego dołka, który znajduje się w okolicy 1020 punktów. Ten mocny akcent okazał się jednak ostatnim, w tej fazie korekty. Być może okaże się, że znów dojdziemy w pobliże niedawnych szczytów i jeszcze raz poznamy ile jest warte 1100 punktów.

Na razie tego typu rozważania mogą wydawać się zbyt odległe, jednak dystans wynosi zaledwie 34 punkty i S&P500 może do niego bez trudu dotrzeć w ciągu dwóch dni. Jeśli dane makroekonomiczne, a szczególnie ich interpretacja przez inwestorów, jeśli nie będą jednoznacznie optymistyczne, na to pozwolą. W nadchodzącym tygodniu nie będzie ich zbyt wiele i nie powinny mieć dużego znaczenia. A więc rynek będzie zdany sam na siebie. To pozwoli poznać jego rzeczywistą kondycję. Na razie mamy za sobą pięć kolejnych sesji zwyżkowych, z których jedna zaledwie charakteryzowała się pełną zgodą co do kierunku ruchu, a i jego skala była imponująca. Trzy pierwsze dni mijającego tygodnia przyniosły bardzo niewielkie zdobycze punktowe i sporo emocji oraz pokaz niezdecydowania w trakcie sesji. W czwartek mogliśmy podziwiać siłę byków, które z łatwością zdobyły 20 punktów w przypadku S&P500 i dotarły do poziomu sprzed niedawnego tąpnięcia wartości indeksu, zacierając niedobre wrażenie, jakie po nim pozostało. Dow Jones zyskał za jednym zamachem ponad 200 punktów i ponownie przekroczył 10 000 punktów. Jego sytuacja wydaje się jeszcze lepsza, niż S&P500.

Do poprzedniego szczytu brakuje mu zaledwie 100 punktów. Mógłby więc tam dotrzeć w trakcie jednej sesji, której impet byłby o połowę słabszy, niż w czwartek. Po drugie, niedawne spadki zredukowały zaledwie połowę poprzedniej fali wzrostowej i o zbliżeniu się do dołka z początku września w ogóle nie było mowy.

Wzrost w najbliższych dniach jest bardzo prawdopodobny, ale czy zaprowadzi nas na nowe szczyty, będzie zależało od danych makroekonomicznych. A te wciąż nie są jednoznaczne. Indeks aktywności gospodarczej ISM wzrósł październiku do 55,7 punktu, wskazując na ożywienie. Jednak Paul Krugman, laureat nagrody Nobla uważa, że Stany Zjednoczone muszą zwiększyć wydatki stymulujące gospodarkę, gdyż w przeciwnym razie Ameryce grozi wiele lat z bardzo wysokim bezrobociem.

Co do perspektyw rynku pracy pesymistą jest też prezydent Barack Obama. Stwierdził on na posiedzeniu Rady Doradczej Odbudowy Gospodarczej, że tempo utraty miejsc pracy przez gospodarkę jest przygnębiające i zaznaczył, że sytuacja nie ulegnie szybkiej poprawie. Na razie uległa, o czym świadczą czwartkowe dane o mniejszej niż się spodziewano liczbie wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Może właśnie dlatego amerykańskie indeksy zareagowały na ten „promyk nadziei” tak żywiołowo. Także na rynku nieruchomości pojawiły się oznaki ożywienia, na co wskazuje ponad 6% wzrost liczby sprzedanych domów.

Ale nie brakuje też informacji o wiele mniej optymistycznych. CIT Group, czołowa amerykańska instytucja finansowa udzielająca pożyczek małym i średnim przedsiębiorstwom ogłosiła niewypłacalność, mimo, że uzyskała już rządową pomoc w wysokości 2,3 mld dolarów. To piąte największe bankructwo w USA pod względem wartości aktywów. W październiku bankructwo ogłosiło ponad 132 tys. Amerykanów, najwięcej od 2005r. i o 25% więcej niż przed rokiem. W ciągu 9 miesięcy tego roku było ich 1,2 mln, o 100 tys. więcej niż w 2008 r. Rekordowy był 2005 r. gdy przed zmianą prawa upadłość ogłosiło 2,1 mln osób. Szacuje się, że w tym roku będzie ich 1,4 mln.

Z przepisów rozdziału 11, służącego restrukturyzacji skorzystało 1327 firm, o 30% więcej niż przed rokiem.

Azja

Na giełdach azjatyckich klasą dla siebie były Chiny. Trudno się dziwić.

Po ubiegłotygodniowych bardzo dobrych informacjach dotyczących tamtejszej gospodarki, Bank Światowy podniósł prognozę wzrostu gospodarczego z 7,2 do 8,4% na ten rok. Zaznaczył jednak, że warunkiem koniecznym, by ożywienie miało trwały charakter, jest przesunięcie polityki rządu w stronę zwiększenia konsumpcji. Zwiększanie konsumpcji odbywa się jednak już w Chinach od dłuższego czasu i trudno wyobrazić sobie intensyfikację tego procesu. Mówi się raczej o zaostrzaniu polityki kredytowej, ale też pilnowaniu, by pieniądze z kredytu na samochód czy mieszkanie, nie trafiały na giełdę.

W tym sensie prokonsumpcyjne nastawienie jest jak najbardziej możliwe.

A indeksy giełdowe dają popis siły, niezależności od światowych kaprysów i konsekwencji w kontynuowaniu tendencji wzrostowej. Po niedawnych niebezpieczeństwach, sugerowanych przez wskazania analizy technicznej, nie został najmniejszy ślad. Poprzedni szczyt z początku sierpnia trzyma się tylko „na włosku”. Tylko w mijającym tygodniu indeks Shanghai B-Share zwiększył swoją wartość o ponad 5% i to bez najmniejszego wahania. Od czerwca wzrósł o 23%, w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy o ponad 150%. W Państwie Środka spełniają się bycze marzenia.

I pewnie nie rozwieją się tak szybko.

Giełda w Bombaju chwilowo odpadła z konkurencji z Szanghajem. Od połowy października przechodzi ostrą korektę. W jej wyniku tamtejszy indeks stracił 12% swej wartości. Byki zdołały jednak obronić się przed spadkiem poniżej dołka z pierwszej dekady września. Od tego wsparcia nastąpiło dynamiczne odbicie. W mijającym tygodniu indeks zyskał niecałe 5%. Ostatnich dni do udanych nie może zaliczyć japoński Nikkei. Stracił on około 3%. Tendencja spadkowa na tamtejszej giełdzie trwa od końca października. W jej efekcie wskaźnik obniżył się o 6,5%.

Roman Przasnyski, Gold Finance