Raport tygodniowy Gold Finance

Najważniejsze wydarzenia:

  • Jeszcze w tym miesiącu może zostać powołany Narodowy Komitet Koordynacyjny do Spraw Euro. Ma on składać się z przedstawicieli rządu i banku centralnego. Jego zadaniem będzie przygotowanie i przedstawienie rządowi propozycji działań mających na celu wprowadzenie euro w Polsce.
  • Komisja Europejska podwyższyła prognozę wzrostu gospodarczego polski w tym roku do 1,2%. W przyszłym roku PKB ma zwiększyć się o 1,8%, a w 2011 r. o 3,2%. Deficyt sektora finansów publicznych ma wynieść odpowiednio 6,4, 7,5 i 7,6% PKB. W tym roku dług publiczny wyniesie 51,7% PKB, w przyszłym sięgnie 57%, a w 2011 r. 61,3%.
  • Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej szacuje, że stopa bezrobocia w październiku wyniosła 11%, czyli była wyższa niż we wrześniu o 0,1 punktu procentowego.
  • Deficyt budżetowy po październiku wyniósł 24,2-24,3 mld zł i jego wykonanie jest zgodne z harmonogramem przewidzianym na ten rok.
  • Wskaźnik aktywności gospodarczej polskiego przemysłu PMI wzrósł w październiku do 48,8 punktu z 48,4 punktu miesiąc wcześniej. Ekonomiści spodziewali się, że jego wartość wyniesie 48,6 punktu.
  • Według prognozy Ministerstwa Finansów październikowa inflacja wyniosła 3,1% w porównaniu do października ubiegłego roku. We wrześniu wskaźnik inflacji wyniósł 3,4%. W porównaniu do września ceny dóbr i usług konsumpcyjnych wzrosły o 0,2%.
  • Zdaniem analityków Bank of America stopniowe zacieśnianie polityki pieniężnej zacznie się w Polsce w drugiej połowie przyszłego roku. Przewidują oni, że na koniec przyszłego Główna stopa referencyjna wyniesie 4%, a na koniec 2011 r. sięgnie 5,5%. Z ich listopadowej prognozy wynika również, że polska gospodarka wyraźnie przyspieszy w przyszłym roku. Złoty ma się umocnić w tym roku do 3,95 zł za euro, a w grudniu przyszłego roku kurs euro sięgnie 3,45 zł.
  • Minister Finansów Jacek Rostowski zaprzeczył informacjom o planach zawieszenia progów ostrożnościowych dotyczących relacji długu publicznego do PKB, o których niedawno informowały media.
  • Z badań Instytutu Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej wynika, że koniunktura w gospodarce wzrosła trzeci kwartał z rzędu. Barometr koniunktury IRG SGH wyniósł minus 15 punktów i wzrósł o 6 punktów. Jego wskazania świadczą, że naszą gospodarkę czeka okres poprawy koniunktury.

Rynek Akcji

Polska

Mijający tydzień na warszawskiej giełdzie z łatwością można podzielić na dwie części. W pierwszej mieliśmy do czynienia z kontynuację spadkowej korekty, z bardzo mocnym akcentem końcowym. Indeks największych spółek stracił we wtorek ponad 3%. Nastroje zrobiły się bardzo niewesołe. Szybko jednak się zmieniły. Może nawet zbyt szybko i radykalnie. O ile bowiem nasz parkiet we wtorek należał do najgorszych w Europie, to w trakcie kolejnych dwóch sesji przodował pod względem skali zwiększania swej wartości. Nasz parkiet był silny trochę wbrew temu, co działo się na pozostałych giełdach, na których żadnej euforii nie było widać. Handel toczył się przy bardzo niskich obrotach. Oba te czynniki każą z ostrożnością podchodzić do oceny tego, co się stało i perspektyw na najbliższą przyszłość. To nasze liderowanie i podążanie własną ścieżką może bowiem bardzo szybko się skończyć. I znów skazani będziemy na humory zagranicznych inwestorów. Przebieg piątkowej sesji właśnie za takim scenariuszem przemawiał. Kiepskie dane dotyczące amerykańskiego rynku pracy spowodowały tąpnięcie naszych indeksów, chyba nieco przesadzone. Piątek upłynął też pod znakiem pierwszego notowania praw do akcji Polskiej Grupy Energetycznej. Wzrost o 13% można uznać za sukces. Ale też ich debiut chyba nieco odwrócił uwagę inwestorów od innych papierów. O ile obroty na rynku akcji były dość skromne, bo przekroczyły ledwie 1,2 mld zł, to handel prawami do akcji PGE sięgnął niemal 2,5 mld zł.

Bilans tygodnia nie był jednak najgorszy. Indeks szerokiego rynku zwiększył swoją wartość o 0,25% i utrzymał się nad poziomem 38,5 tys. punktów. WIG20 wyszedł niemal na zero (zwyżkował o zaledwie 0,09%), ale to, że nie uległ większej przecenie można uznać za sukces. Nie zachwyciły wskaźniki małych i średnich firm. sWIG80 zniżkował o symboliczne 0,01%, a mWIG40 spadł o 0,52%.

Europa

Główne europejskie giełdy nie rwały się w mijającym tygodniu do większych wzrostów. Podstawowy scenariusz poszczególnych sesji to asekuracyjny lub pesymistyczny początek handlu, czekanie na pierwsze sygnały zza oceanu i powściągliwa z reguły reakcja na nie. Jeśli początek sesji na Wall Street był optymistyczny, następowało podciąganie indeksów. Własnej inicjatywy i reakcji na lokalne informacje trudno było się doszukać, choć okazji nie brakowało. Wygląd wykresów wskaźników w Londynie, Paryżu i Frankfurcie jest niemal identyczny. Trzeba też przyznać, że choć spadkowa korekta w ich przypadku nie wygląda zbyt groźnie, to jednak wrześniowe dołki były bardzo blisko.

Wskaźnik aktywności gospodarczej w przemyśle strefy euro wzrósł z 49,3 do 50,7 punktu w październiku, zgodnie z oczekiwaniami analityków. Oznacza to, że zaczęła się faza ożywienia. Optymizmu płynącego z jednych wskaźników nie potwierdzają jednak inne dane. Sprzedaż detaliczna dość niespodziewanie spadła we wrześniu o 0,7% w porównaniu do sierpnia. Analitycy liczyli na wzrost o 0,2%. W porównaniu do września ubiegłego roku sprzedaż była niższa o 3,6% (po spadku w sierpniu o 2,3%).

Na giełdach naszego regionu zmiany były niezbyt duże i przebiegały w rytm nadawany przez Wall Street. Niemal wszystkie indeksy kończyły tydzień na niewielkich minusach.

USA

Na Wall Street silnych wrażeń w ostatnich dniach nie brakowało. Nie widać tego po bilansie pięciu sesji (od 29 października do 5 listopada), który dla wszystkich trzech głównych indeksów wyszedł niemal na zero. I to w dużej mierze dzięki jednej, czwartkowej silnej zwyżce. Bilans może i mizerny, ale ważne jest, jak do jego „skrojenia” doszło i czym się to może skończyć. Poprzedni piątek przyniósł poważne tąpnięcie na Wall Street. S&P500 stracił w jeden dzień prawie 30 punktów. Wylądował niespełna 10 punktów nad poziomem poprzedniego dołka, który znajduje się w okolicy 1020 punktów. Ten mocny akcent okazał się jednak ostatnim, w tej fazie korekty. Być może okaże się, że znów dojdziemy w pobliże niedawnych szczytów i jeszcze raz poznamy ile jest warte 1100 punktów.

Na razie tego typu rozważania mogą wydawać się zbyt odległe, jednak dystans wynosi zaledwie 34 punkty i S&P500 może do niego bez trudu dotrzeć w ciągu dwóch dni. Jeśli dane makroekonomiczne, a szczególnie ich interpretacja przez inwestorów, jeśli nie będą jednoznacznie optymistyczne, na to pozwolą. W nadchodzącym tygodniu nie będzie ich zbyt wiele i nie powinny mieć dużego znaczenia. A więc rynek będzie zdany sam na siebie. To pozwoli poznać jego rzeczywistą kondycję. Na razie mamy za sobą pięć kolejnych sesji zwyżkowych, z których jedna zaledwie charakteryzowała się pełną zgodą co do kierunku ruchu, a i jego skala była imponująca. Trzy pierwsze dni mijającego tygodnia przyniosły bardzo niewielkie zdobycze punktowe i sporo emocji oraz pokaz niezdecydowania w trakcie sesji. W czwartek mogliśmy podziwiać siłę byków, które z łatwością zdobyły 20 punktów w przypadku S&P500 i dotarły do poziomu sprzed niedawnego tąpnięcia wartości indeksu, zacierając niedobre wrażenie, jakie po nim pozostało. Dow Jones zyskał za jednym zamachem ponad 200 punktów i ponownie przekroczył 10 000 punktów. Jego sytuacja wydaje się jeszcze lepsza, niż S&P500.

Do poprzedniego szczytu brakuje mu zaledwie 100 punktów. Mógłby więc tam dotrzeć w trakcie jednej sesji, której impet byłby o połowę słabszy, niż w czwartek. Po drugie, niedawne spadki zredukowały zaledwie połowę poprzedniej fali wzrostowej i o zbliżeniu się do dołka z początku września w ogóle nie było mowy.

Wzrost w najbliższych dniach jest bardzo prawdopodobny, ale czy zaprowadzi nas na nowe szczyty, będzie zależało od danych makroekonomicznych. A te wciąż nie są jednoznaczne. Indeks aktywności gospodarczej ISM wzrósł październiku do 55,7 punktu, wskazując na ożywienie. Jednak Paul Krugman, laureat nagrody Nobla uważa, że Stany Zjednoczone muszą zwiększyć wydatki stymulujące gospodarkę, gdyż w przeciwnym razie Ameryce grozi wiele lat z bardzo wysokim bezrobociem.

Co do perspektyw rynku pracy pesymistą jest też prezydent Barack Obama. Stwierdził on na posiedzeniu Rady Doradczej Odbudowy Gospodarczej, że tempo utraty miejsc pracy przez gospodarkę jest przygnębiające i zaznaczył, że sytuacja nie ulegnie szybkiej poprawie. Na razie uległa, o czym świadczą czwartkowe dane o mniejszej niż się spodziewano liczbie wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Może właśnie dlatego amerykańskie indeksy zareagowały na ten „promyk nadziei” tak żywiołowo. Także na rynku nieruchomości pojawiły się oznaki ożywienia, na co wskazuje ponad 6% wzrost liczby sprzedanych domów.

Ale nie brakuje też informacji o wiele mniej optymistycznych. CIT Group, czołowa amerykańska instytucja finansowa udzielająca pożyczek małym i średnim przedsiębiorstwom ogłosiła niewypłacalność, mimo, że uzyskała już rządową pomoc w wysokości 2,3 mld dolarów. To piąte największe bankructwo w USA pod względem wartości aktywów. W październiku bankructwo ogłosiło ponad 132 tys. Amerykanów, najwięcej od 2005r. i o 25% więcej niż przed rokiem. W ciągu 9 miesięcy tego roku było ich 1,2 mln, o 100 tys. więcej niż w 2008 r. Rekordowy był 2005 r. gdy przed zmianą prawa upadłość ogłosiło 2,1 mln osób. Szacuje się, że w tym roku będzie ich 1,4 mln.

Z przepisów rozdziału 11, służącego restrukturyzacji skorzystało 1327 firm, o 30% więcej niż przed rokiem.

Azja

Na giełdach azjatyckich klasą dla siebie były Chiny. Trudno się dziwić.

Po ubiegłotygodniowych bardzo dobrych informacjach dotyczących tamtejszej gospodarki, Bank Światowy podniósł prognozę wzrostu gospodarczego z 7,2 do 8,4% na ten rok. Zaznaczył jednak, że warunkiem koniecznym, by ożywienie miało trwały charakter, jest przesunięcie polityki rządu w stronę zwiększenia konsumpcji. Zwiększanie konsumpcji odbywa się jednak już w Chinach od dłuższego czasu i trudno wyobrazić sobie intensyfikację tego procesu. Mówi się raczej o zaostrzaniu polityki kredytowej, ale też pilnowaniu, by pieniądze z kredytu na samochód czy mieszkanie, nie trafiały na giełdę.

W tym sensie prokonsumpcyjne nastawienie jest jak najbardziej możliwe.

A indeksy giełdowe dają popis siły, niezależności od światowych kaprysów i konsekwencji w kontynuowaniu tendencji wzrostowej. Po niedawnych niebezpieczeństwach, sugerowanych przez wskazania analizy technicznej, nie został najmniejszy ślad. Poprzedni szczyt z początku sierpnia trzyma się tylko „na włosku”. Tylko w mijającym tygodniu indeks Shanghai B-Share zwiększył swoją wartość o ponad 5% i to bez najmniejszego wahania. Od czerwca wzrósł o 23%, w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy o ponad 150%. W Państwie Środka spełniają się bycze marzenia.

I pewnie nie rozwieją się tak szybko.

Giełda w Bombaju chwilowo odpadła z konkurencji z Szanghajem. Od połowy października przechodzi ostrą korektę. W jej wyniku tamtejszy indeks stracił 12% swej wartości. Byki zdołały jednak obronić się przed spadkiem poniżej dołka z pierwszej dekady września. Od tego wsparcia nastąpiło dynamiczne odbicie. W mijającym tygodniu indeks zyskał niecałe 5%. Ostatnich dni do udanych nie może zaliczyć japoński Nikkei. Stracił on około 3%. Tendencja spadkowa na tamtejszej giełdzie trwa od końca października. W jej efekcie wskaźnik obniżył się o 6,5%.

Rynek Walutowy

Na światowym rynku walutowym nic nowego pod słońcem. Akcje na Wall Street tracą, dolar się umacnia, indeksy idą w górę, „zielony” słabnie. Wreszcie coraz głośniej zaczyna się mówić, że dolar pełni rolę waluty wykorzystywanej w strategiach typu carry trade. Polega ona na pożyczaniu w walucie krajów, gdzie stopy procentowe są najniższe i inwestowaniu tych pieniędzy w waluty innych krajów lub inne aktywa, głównie zagranicą, dające szansę na większy zysk. Ten mechanizm powoduje, że występuje dobrze znane giełdowo-dolarowe ujemne sprzężenie zwrotne. Gdy akcje na amerykańskiej giełdzie rosną, dolary są pożyczane, natychmiast sprzedawane, czyli wymieniane na inne waluty, co powoduje osłabienie dolara. Za te waluty kupowane są np. forinty, ruble, czy złote i wymieniane na akcje lub obligacje. Po pewnym czasie kierunek transakcji się odwraca i karuzela kręci się w drugą stronę. Do niedawna główną walutą, wykorzystywaną w tego typu transakcjach, był jen. Teraz stał się nią dolar. Tezę tę pośrednio potwierdzają także niektóre prognozy. Na przykład niedawno opublikowana przez analityków Commerzbanku. Ich zdaniem, dolar może nadal tracić na wartości i wrócić do poziomu 1,5 dolara za euro w ciągu kolejnych dwóch tygodni, ponieważ nic nie wskazuje na długoterminowy powrót do aktywów uznawanych za bezpieczne.

Wracając do wydarzeń ostatniego tygodnia, gdy w poniedziałek korekta spadkowa na Wall Street osiągnęła swoje apogeum, amerykańska waluta umocniła się do poziomu 1,46 dolara za euro. Trwające od wtorku odbicie na amerykańskim parkiecie doprowadziło do osłabienia „zielonego” do 1,49 dolara za euro w czwartkowy wieczór. Giełdowy indeks S&P500 zyskiwał w tym czasie prawie 1,6%. Prognoza Commerzbanku sprawdza się więc idealnie. Finansowy świat nie zmienił się zbyt mocno od czasu upadku Lehman Brothers, który miał szansę stać się pretekstem do zaprowadzenia na nim jako takiego ładu. Dziś Goldman Sachs chwali się, że w trzecim kwartale jego wpływy z handlu na rynkach finansowych wyniosły 8,8 mld dolarów. A w poprzednich trzech miesiącach jeszcze więcej. Powodzenia, Goldman. Pamiętajcie o Lehmanie. W razie czego, kredyty da wam Fed. Na zero procent.

Nasza waluta na początku tygodnia przeżywała trudne chwile. We wtorek za dolara trzeba było płacić aż 2,94 zł. Przez moment zagrożony był szczyt słabości z początku października. Uratowało nas zahamowanie spadkowej korekty na giełdach. Średnioterminowa tendencja umacniania się naszej waluty wciąż nie jest zagrożona. Jej impet jest znacznie mniejszy niż w czerwcu i lipcu, ale trudno, by dolar taniał po 10 groszy każdego miesiąca. W kilkumiesięcznym horyzoncie kurs dolara do złotego stabilizuje się na dość niskim poziomie. Czy ktoś dziś pamięta, że jeszcze w lutym dolar był droższy o złotówkę? Euro od tego czasu staniało tylko o około 65 groszy. W tym tygodniu przedarło się jednak na moment przez szczyt z początku października. Dobre wrażenie robi to, że stało się to tylko na krótko. Ale w przypadku kursu euro do złotego mamy jednak do czynienia z łagodną tendencją do osłabiania się naszej waluty, trwającą konsekwentnie od ponad trzech miesięcy. Podobnie jest w przypadku franka. Od czasów koszmarnego dla posiadaczy kredytów w tej walucie lutego, staniał on o 50 groszy. Ale w czwartek wieczorem trzeba było za niego płacić o prawie 20 groszy drożej, niż w pierwszej połowie sierpnia. Ostatni tydzień przyniósł zmiany rzędu zaledwie 3 groszy.

Prognozy dla naszej waluty, zarówno te autorstwa rodzimych analityków, jak i tych z międzynarodowych instytucji finansowych, są nieodmiennie dla niej korzystne. Stan finansów publicznych budzi jednak coraz większe obawy i może wkrótce zmienić postrzeganie perspektyw złotego przez ekspertów. Porównania z sytuacją, w jakiej znalazły się Węgry kilka lat temu, są coraz głośniej przywoływane.

Rynek Surowców

Na surowcowych rynkach miniony tydzień charakteryzował się bardzo dużą dynamiką i zmiennością notowań. O ile poprzednio pierwsze skrzypce grała ropa naftowa, to w minionych pięciu dniach rolę lidera pod względem zainteresowania inwestorów znów grało złoto. Po krótkim okresie odpoczynku pod koniec października, listopad przyniósł silny ruch cen kruszcu w górę. W środę notowania osiągnęły nowy rekord na poziomie 1095 dolarów za uncję. W ciągu zaledwie kilka dni złoto podrożało o 67 dolarów na uncji, czyli o 6,5%. W piątek przez moment cena uncji kruszcu przekroczyła 1100 dolarów. Równie dynamiczny ruch miał miejsce na początku września. W drugiej połowie roku na rynku złota widać wyraźnie prawidłowość polegającą na tym, że dynamiczne zwyżki mają miejsce na początku kolejnych miesięcy. Zaczęło się trochę nietypowo, bo pierwszy wzrost z tej serii zaczął się jeszcze pod koniec lipca i trwał do pierwszych dni sierpnia. Później ta prawidłowość działała bez zarzutu we wrześniu, październiku i listopadzie.

Patrząc z dłuższej perspektywy, notowania złota są ujemnie skorelowane z kondycją amerykańskiej waluty. Gdy dolar słabnie, ceny kruszcu idą w górę. Podobnie zresztą jest w przypadku innych surowców. W pierwszych dniach mijającego tygodnia ta prawidłowość przez moment przestała działać. Jednocześnie z umacnianiem się dolara obserwowaliśmy wzrost cen złota. Poprzednio z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w okresie największego nasilenia kryzysu finansowego na świecie. Wówczas było jasne, że pieniądze uciekają ze wszystkich ryzykownych rynków i aktywów w kierunku bezpiecznej przystani, za którą uchodzi złoto i dolar. Co do złota, wątpliwości raczej mieć nie należy. Z dolarem byłbym ostrożny, ale to w końcu inwestorzy, a nie analitycy, wiedzą najlepiej, co dla nich jest bezpieczne, a co nie. Czasem mylą się i jedni i drudzy. Ci pierwsi tracą pieniądze, drudzy reputację. Pieniądze jednak łatwiej odzyskać. Czy z tej anomalii można wyciągać wniosek, że teraz także inwestorzy zaczęli ucieczkę od ryzyka? Wygląda na to, że tak. Jeśli pominąć chwilowe „zakłócenia” tej tendencji. Złoto zaczęło gwałtownie drożeć 29 października. Do tego dnia spadkowa korekta na rynku akcji była już na tyle zaawansowana, że zdążyła porządnie wystraszyć wielu inwestorów. Ale w końcu ryzyko nie pojawia się po pierwszej spadkowej sesji na giełdzie. Pojawiło się wówczas, gdy korekta stała się poważniejsza i wróciły obawy, że może ona „skasować” jeszcze znacznie większą część trwającej od początku marca fali wzrostów. Akurat 29 października na Wall Street pojawiło się większe odbicie po serii spadków i to było pierwsze zakłócenie logiki tego wywodu. Drugie wystąpiło w ostatnią środę. Tego dnia giełdowe rynki ponownie odbiły w górę, a mimo to złoto właśnie wtedy ustanowiło swój nowy rekord cenowy. Ale tego dnia logika nie ucierpiała już zbyt mocno. Po pierwsze wzrosty na giełdach z pierwszej części dnia wyparowały niemal zupełnie na koniec sesji na Wall Street, po drugie, słabnący przez niemal cały dzień dolar wspomagał wzrost notowań złota. Trudno jednoznacznie przesądzić, co ze złotem będzie działo się w najbliższej przyszłości, jednak zanosi się na to, że przewagę ma scenariusz dalszego wzrostu jego notowań.

Notowania ropy naftowej dostarczają wciąż ogromnych emocji. Jeśli ktoś chce wierzyć, że kilkuprocentowe zmiany cen surowca niemal z dnia na dzień odzwierciedlają jakiejkolwiek zmiany sytuacji fundamentalnej w gospodarce, czy choćby w branży naftowej i że jest to dowód, że rynki finansowe zachowują się racjonalnie, to jego rzecz. Ciekaw tylko jestem, czy zwolennik tej tezy stawia na nim jakieś swoje pieniądze. Jeśli ktoś poszukuje silnych wrażeń, to rynek ropy z pewnością mu ich dostarczy. Jeszcze 26 października za baryłkę surowca gatunku Brent trzeba było płacić około 80 dolarów. Już wieczorem 28 października o 5 dolarów mniej. Kto się dał skusić lokalnemu rekordowi cen stracił ponad 6% w dwa dni. Biorąc pod uwagę to, że na rynku ropy inwestuje się poprzez instrumenty pochodne z dźwignią finansową, straty mogły być wielokrotnie większe. Mijający tydzień ropa rozpoczęła w okolicy 75 dolarów za baryłkę, czyli stosunkowo nisko. W wtorek i środę notowania „eksplodowały” bez widocznego fundamentalnego powodu o ponad 3 dolary na baryłce. Oczywiście wśród głównych winowajców tych zmian znajduje się dolar. W momencie rekordowych 80 dolarów za baryłkę „zielony” ledwie zipał przy poziomie 1,5 dolara za euro. Gdy ropa „męczyła się” w okolicach 75 dolarów, dolar zyskał wobec euro prawie 4 centy.

Wieści z rynku

Będzie trudniej o kredyty

Z badań ankietowych, przeprowadzanych przez Narodowy Bank Polski wynika, że banki przewidują dalsze niewielkie zaostrzenie polityki w zakresie kredytów konsumpcyjnych, mieszkaniowych oraz długoterminowego finansowania przedsiębiorstw. W przypadku kredytów konsumpcyjnych aż 40% banków zapowiada zaostrzenie kryteriów, dla kredytów mieszkaniowych jedynie 11%. Połowa banków spodziewa się zwiększenia popytu na kredyty mieszkaniowe.

Więcej pieniędzy w funduszach emerytalnych

Z raportu firmy Analizy Online, monitorującej rynek funduszy wynika, że wartość środków zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych wyniosła w październiku 172,5 mld zł i była o 2,5% wyższa niż we wrześniu. Wzrost ten wynika głównie z przekazania środków z ZUS. W niewielkiej skali związany był z wynikami zarządzania funduszami.

Drugi filar w dwóch częściach

Rząd planuje zmianę podziału składki w ramach drugiego filaru systemu emerytalnego. Według nowych propozycji do OFE trafiałoby nie 7,3% składki emerytalnej, jak dotychczas, lecz 3%. Różnica trafiałaby do ZUS i była inwestowana w obligacje skarbowe. To rozwiązanie pozwoliłoby zmniejszyć dotację do ZUS o 13 mld zł i dałoby szansę, że dług publiczny nie przekroczy w przyszłym roku 55% PKB.

Rodzina na Swoim coraz większa

W październiku udzielono 3200 kredytów w ramach rządowego programu wspierania budownictwa mieszkaniowego Rodzina na Swoim. Ich łączna wartość wyniosła 575,2 mln zł. W wrześniu wartość 3070 udzielonych kredytów wyniosła prawie 550 mln zł. Od początku istnienia programu, czyli od stycznia 2007 r. udzielono 35,6 tys. kredytów o wartości 5,665 mld zł. Z tej liczby aż 25,4 tys. kredytów o wartości 4,377 mld zł udzielono w tym roku.

PRportal.pl – informacje prasowe dla biznesu