Magazyn „Żagle” ma 50 lat

przez | 07/08/2009

Magazyn „Żagle” kończy w tym roku 50 lat. O złotym jubileuszu przypominają wszystkie tegoroczne numery pisma, opatrzone specjalnie zaprojektowanym logo. W publikowanych co miesiąc rocznicowych artykułach, redakcja opisuje historię czasopisma oraz przedstawia sylwetki osób, których praca, pasja i poświęcenie zbudowały tożsamość „Żagli” i pozwoliły im przetrwać do dzisiaj. O swoim przywiązaniu do pisma opowiadają znani i popularni, m.in. Mateusz Kusznierewicz, Roman Paszke, Kazimierz Kaczor.

Obchody jubileuszu zaplanowano w najbliższą sobotę 8 sierpnia br. w Gdyni, podczas targów Wiatr i Woda. Po raz pierwszy poza Warszawą, redakcja „Żagli” przyzna doroczne nagrody im. Leonida Teligi. W tej, już 38., edycji „nagród Teligi” dodatkowo zostaną uhonorowane osoby szczególnie zasłużone dla magazynu oraz obecni pracownicy redakcji.

Znani o „Żaglach”:

Leszek Błaszczyk – zm. w 2008 roku, przez 25 lat (1965 – 1990) sprawował funkcję redaktora naczelnego „Żagli”. Wielki pasjonat żeglarstwa i wszelkich sportów wodnych. Był inicjatorem wielu akcji popularyzujących żeglarstwo, pionierem windsurfingu w Polsce, autorem setek reportaży i felietonów.

„Żagle”: Co poczytujesz sobie za największy sukces „Żagli”?

Leszek Błaszczyk: Sukcesów było wiele, ale niewątpliwie największym był – choć masowy – to jednak poradniczy charakter pisma o wysokim poziomie merytorycznym. Potrafiliśmy dotrzeć do bardzo szerokich kręgów żeglarzy, ale jednocześnie być niezależnym głosem środowiska w czasach niesprzyjających tej niezależności.

Lokal redakcji był miejscem spotkań zarówno żeglarskiej elity, jak i czymś w rodzaju klubu, do którego mógł praktycznie przyjść każdy żeglarz ze swoimi problemami. Nie ułatwiało to bieżącej pracy, ale stwarzało niepowtarzalną atmosferę, nieosiągalną w dzisiejszych czasach w lokalu z przepustkami, ochroniarzami itp. Sukcesem była siła oddziaływania pisma. Na przykład mało kto pamięta, że to z inicjatywy „Żagli” powstała w Polsce Komisja Windsurfingu, że wprowadzenie reflektorów radarowych na polskie jachty czy budowa pomostów w gdyńskim basenie żeglarskim z okazji „Operacji Żagiel 1974” i wiele innych pożytecznych przedsięwzięć nastąpiło w następstwie artykułów zamieszczanych w „Żaglach”. Dużym osiągnięciem była wychowawcza rola „Żagli”, zwłaszcza w stosunku do młodzieży. W zamieszczanej przez wiele lat rubryce mego pióra „Głos sternika” starałem się poruszać najistotniejsze, aktualne, palące problemy żeglarzy, sygnalizowane przez nich w bardzo licznych listach i telefonach do redakcji. Zawsze uważałem, że jeśli kolejny numer „Żagli” nie wywołał lawiny korespondencji, również krytycznej, to numer nie był udany. Dużym osiągnięciem była też nasza umiejętność pokazania wielokulturowych wątków żeglarstwa jako „sposobu na życie”. Mająca już kilkudziesięcioletnią tradycję Nagroda im. Teligi promująca żeglarską twórczość też jest przecież naszym ogromnym sukcesem.

Fragment wywiadu z 2008 roku

Mateusz Kusznierewicz – mistrz olimpijski i wielokrotny mistrz świata i Europy

Moja przygoda z żeglarstwem zaczęła się w 1982 r. na przystani jachtowej w Giżycku. Tata opowiadał mi, że pierwszą łódką, na której pływałem, był jacht klasy Kos. Dwa lata później rodzice zapisali mnie na obóz żeglarski organizowany przez Yacht Klub Polski Warszawa nad Zalewem Zegrzyńskim. Miałem wtedy dziewięć lat. O żeglarstwie wiedziałem niewiele. Skupiałem swoją uwagę na fajnej atmosferze, frajdzie pływania po Zalewie, grach i zabawach. Nie wiedziałem nic o igrzyskach olimpijskich ani o historii polskiego żeglarstwa. Na tym pierwszym obozie usłyszałem nazwisko: Kania… Był to mój pierwszy idol, bo nasz trener śp. Leszek Pawlik powiedział nam, że to mistrz świata i żegluje często nad Zalewem Zegrzyńskim. Chciałem za wszelką cenę dowiedzieć się więcej i poprosiłem tatę, żeby mi coś opowiedział. Nie mogliśmy wtedy wygooglować tych informacji, bo nie było wtedy jeszcze Internetu. Pamiętam, że tata kupił mi miesięcznik „Żagle”. W poszukiwaniu informacji przeczytałem je wtedy od deski do deski, ale niestety nie było w nich nic o Zbyszku Kani. Prawda jest taka, że był to jeden z niewielu egzemplarzy „Żagli”, który przeczytałem w całości. Dlaczego? Bo wkrótce wyspecjalizowałem się w żeglarstwie regatowym i takich treści szukałem w „Żaglach”.

W 1999 r. na prośbę redaktora naczelnego Waldka Heflicha zacząłem pisać do „Żagli”. Przez pięć lat relacjonowałem swoje zmagania w klasie Finn. Od 2005 r. piszę o żeglowaniu na Starze z Dominikiem Życkim w cyklu artykułów „Star – reaktywacja”. Cieszę się, że należę do zespołu „Żagli”. Gratuluję im 50-lecia i życzę pomyślnych wiatrów na kolejne pół wieku!

Roman Paszke – wybitny żeglarz regatowy

Pierwszy raz zobaczyłem „Żagle” na przystani w Starej Twierdzy Wisłoujście. Szary papier, kilka stron, zdjęcia jak w starym kinie… Wtedy to jednak był jedyny kontakt z żeglarskim światem. Można było dowiedzieć się, co słychać w porcie rybackim w Pucku i o regatach o Puchar Gryfa Pomorskiego. W Sopocie – w „Non-Stopie” grali Niebiesko Czarni, Czesław Niemen, Polanie, a na koncerty Animalsów biegaliśmy do Hali Stoczni. Było także molo, do którego nie można było dobijać… Z „Żagli” dowiedziałem się o szczegółach największej tragedii w dziejach regat – Fastnet Race 1979. Byłem ich uczestnikiem, ale nie zdawałem sobie sprawy, że to był najtragiczniejszy wyścig w dziejach żeglarstwa. Dzięki regulacjom bezpieczeństwa wprowadzonym potem przez RORC uniknięto wielu problemów, a Sydney – Hobart 1998 może dlatego nie był aż tak tragiczny…

„Żagle” były zawsze: kiedy płaciliśmy frycowe na „Gemini”, pierwsze zwycięstwo, a niestrudzony Waldek (obecny naczelny) z Leonem (Popielarzem) ganiali za nami motorówkami i kręcili filmy. Zdjęcia Waldka to nasza historia. Później, na „MK Cafe”, z nami przeżywał drogę do sukcesu.

„Żagle” kojarzą mi się też z czasem organizowania The Race. W redakcji znajdowałem wsparcie, a Krzysztof Siemieński, wtedy naczelny, zawsze – kiedy ogarniało mnie zwątpienie, czy uda się zebrać tak ogromne środki – mówił mi, bym „nie siał defetyzmu”. „Siemionowi”, który do dzisiaj jest mi przyjacielem, moja załoga i ja zawdzięczamy, że doszło do startu w tych regatach. Mam w Warszawie stałe miejsca pobytu. Tam wśród przyjaciół zawsze gdzieś na stole leżą „Żagle”. Teraz chciałbym, by popłynęły ze mną w następny rejs dookoła świata.

Tomasz Holz – wiceprezydent Międzynarodowej Federacji Żeglarskiej ISAF

Rok 1960. Pierwsze kroki w magicznym świecie żagli. Żeglowanie wówczas jedynie na Wiśle. Masa czasu spędzana w SWOS-ie i historie wielkich rejsów, sławnych żeglarzy! „Żagle” pojawiły się razem ze Stefanem Wysockim, świetnym gawędziarzem. Były kopalnią fascynujących opowieści i skarbnicą wiedzy, tak trudno w tamtych czasach dostępnej. Pamiętam artykuły Czesława Marchaja traktujące o teorii żeglowania, które chłonąłem, niewiele z nich rozumiejąc… Redaktora naczelnego Leszka Błaszczyka poznałem później. To on wspaniali ludzie, których wokół siebie, a raczej wokół „Żagli” zgromadził, byli twórcami sukcesu, jakim niewątpliwie stał się wtedy ten miesięcznik. Od tamtych czasów nie rozstaję się z „Żaglami”! Zawsze było w nich coś świeżego, pomimo mojego bezpośredniego udziału w światowych wydarzeniach żeglarskich i upływu czasu. Kroniki wspaniałych rejsów – Teliga, Baranowski; regaty Whitebread i Zyga Perlicki, Admiral’s Cup i Romek Paszke, żeglarstwo lodowe i Karol Jabłoński – by wymienić tylko niektórych… A potem ogromnie byłem dumny, znajdując w „Żaglach” opisy moich startów w różnych zakątkach świata. To próżność, wiem, ale miło. Dzisiaj cieszę się, znajdując kroniki startów naszych najlepszych, których karierom „Żagle” towarzyszyły. Nasi sławni – Cebula, Pont, Zocha, a z nimi Kowal, Andy… Gdzie można by znaleźć bogatsze zasoby wiedzy o żeglarstwie w jego różnych postaciach, o związanych z nim ludziach, o nowinkach technicznych w przekroju ostatniego półwiecza?! Brawo „Żagle”! I tylko tak dalej przez kolejne lat pięćdziesiąt!

Kazimierz Kaczor – aktor

Wiele lat temu tylko kilka kiosków „Ruchu” dostawało w Krakowie „Żagle”. Te wystane, wyczekiwane „Żagle” to, obok „Dookoła Świata”, najcenniejsze moje lektury tamtych lat. „Żagle” opowiadały o dalekich rejsach, np. Teligi, o Ludku Mączce, o Krzysztofie Baranowskim i Kubie Jaworskim, rozpalając moją wyobraźnię i przekonanie, że i ja mogę tam popłynąć – no bo skoro im się udało, to… Były kopalnią wiadomości z zakresu teorii żeglowania, czyli jak tu „…ułożyć grota, by współpracował z fokiem” – teraz to może i śmieszne, ale wtedy to odkrywanie nowych lądów – przynajmniej dla mnie. A porady doświadczonych żeglarzy, jak przedłużyć żywot drewnianej łódki (innych wtedy nie było), co to jest laminat, czy można np. omegę pomalować lakierem olejnym – to były porady z gatunku „być albo nie być”. Opisy nowego osprzętu żeglarskiego, którego nie mogliśmy co prawda mieć, ale wiedzieliśmy, jak wygląda i czemu służy. Nowe projekty łódek – takich „zrób to sam”, no, może z pomocą doświadczonego kolegi… Pisali Marchaj, Tobis, Workert, Głowacki, Pieśniewski, Milewski… I mój ulubiony „Głos sternika” – felieton przypominający, iż istnieją, przynajmniej w naszym światku żeglarskim, niepisane prawa dobrych obyczajów, podpowiadający, jak się zachowywać na wodzie i na biwaku, co to etyka żeglarska, głos (jak się dowiedziałem naczelnego Leszka Błaszczyka) podpowiadający, czym jest kultura osobista, umiejętność współżycia… Czy nie jest to nam i dziś potrzebne?

„Żagle” od dobrych kilku lat mamy na europejskim poziomie, kolorowe, różnorodne tematycznie, czartery – krajowe i zagraniczne, przewodniki i opisy tras, nic tylko życzyć, by się dalej rozwijały przez następnych 50 lat!

Asia Pajkowska – słynna polska żeglraka

„Żagle” po raz pierwszy czytałam jako bardzo mała dziewczynka, a miałam wtedy pięć lat. No, może nie czytałam, a raczej oglądałam obrazki, ale może właśnie te zdjęcia mnie zainspirowały… Moi rodzice mieli wówczas małą żaglówkę. Co roku na początku sezonu przeprowadzali naszego Motyla z Warszawy nad Zalew Zegrzyński. Żegluga odbywała się na holu Kanałem Żerańskim. Tamtego roku dorośli mieli jakąś huczną imprezę i ja musiałam sama sterować na całej trasie. Było to dość nudne – sterować za holownikiem… A na pokładzie leżały jakieś „Żagle”, więc chwyciłam za porzucony magazyn. Wciągnęło mnie i… Może tak to się zaczęło? Potem wielokrotnie miałam przyjemność współpracować z „Żaglami” i zaprzyjaźnić się ze wspaniałymi ludźmi, tworzącymi ten magazyn żeglarski. Ostatnio podczas swojego samotnego rejsu non stop dookoła świata nie miałam okazji czytać magazynu, ale mogłam za to wysyłać do redakcji króciutkie relacje. Kiedy wróciłam po mniej więcej dziesięciu miesiącach do Polski, zaraz rzuciłam się do lektury numerów z okresu mojej nieobecności. I jak zawsze – czytając „Żagle”, zapominam, co ważniejszego od czytania powinnam zrobić… Właściwie to osobiście wolę czytać „Żagle”, niż do nich pisać – mam dla redakcji napisać parę obiecanych tekstów z mojego samotnego rejsu, ale – zamiast zabrać się do pisania – zabieram się do czytania kolejnych zaległych numerów…Z okazji jubileuszu pozdrawiam serdecznie Redakcję i Czytelników!