Apriso zwiększa zatrudnienie

przez | 26/03/2009

Z 80 do 100 osób chce zwiększyć zatrudnienie polski oddział Apriso, dostawcy systemu FlexNet do zarządzania produkcją i logistyką.  – Dekoniunktura wymusza reorganizację firm. Niektóre wcześniej wcale nie myślały o inwestycjach w nowe  technologie. Dziś jest inaczej. Mamy dużo pracy – wyjaśnia Dariusz Kudzia, prezes Apriso Polska.

Popyt na usługi Apriso generują głównie duzi producenci, zlokalizowani nie tylko w Polsce. M.in. L’Oreal, Saint-Gobain Glass, Amcor czy Valeo. – Jednym z naszych atutów, owszem, są niższe koszty wynagrodzenia. Firmy, angażując do projektów za granicą polskich specjalistów w dziedzinie nowych technologii, mogą zaoszczędzić 15-30 proc. budżetu. Ale nie jest to jedyny i decydujący argument – dodaje Dariusz Kudzia.

Rozwiązanie, które polski oddział Apriso zastosował w augustowskich zakładach British American Tobbaco, umożliwia kontrolę produkcji na poziomie kilkudziesięciu milionów  wyrobów tytoniowych dziennie. Niezawodność rozwiązanie zachęciła centralę koncernu do jego wdrożenia w Singapurze i Republice Południowej Afryki. – Podobnych sytuacji jest więcej. Firmy spodziewają się od nas wymiernych korzyści – mówi Tomasz Zarzycki, odpowiedzialny w Apriso za współpracę z strategicznymi partnerami.

Essilor Laboratory Polska produkuje soczewki okularowe m.in. na polski, szwajcarski, angielski i niemiecki rynek. Produkcja wymaga ogromnej precyzji i utrzymania wydajności na wysokim poziomie. Każda para soczewek musi być dopasowana do indywidualnych potrzeb pacjenta i dostarczona na czas.

Wystarczy, że 10 na 100 produktów nie trafi do klienta w terminie. Firma ryzykuje wtedy utratą 10 klientów. – Nie tylko wyeliminowaliśmy tego typu niebezpieczeństwo, ale też o połowę zredukowaliśmy czas produkcji, stwarzając jednocześnie możliwość zaoszczędzenia na zasobach potrzebnych do powtórnej produkcji – mówi Dariusz Kudzia.

– Mimo gospodarczej bessy identyczne cele stawiają nam kolejni klienci. Reorganizujemy produkcję, by firmy pracowały wydajniej i popełniały jak najmniej błędów. Ten obszar kryje ogromny potencjał – dodaje Tomasz Zarzycki.

W ubiegłym roku tylko w Stanach Zjednoczonych, jak podaje National Highway Safety Administration, instytucja odpowiedzialna za bezpieczeństwo na drogach, liczba akcji wycofywania wadliwych aut wzrosła do 233 z 98 w 2007 r. Za tymi kampaniami kryją się setki straconych milionów.