Czy warto się bronić przed kryzysem wzrostem deficytu budżetowego?

przez | 29/01/2009

Rząd słusznie broni założonego w budżecie maksymalnego poziomu deficytu oraz zapowiada oszczędności w wydatkach. Proponowana przez niektórych polityków recepta na kryzys poprzez zwiększenie deficytu utrudniłaby finansowanie długu publicznego i ograniczyłaby podaż kredytu dla przedsiębiorstw.

Liderzy związków zawodowych i politycy opozycji domagają się zwiększenia wydatków publicznych w celu utrzymania popytu. Ta recepta rzeczywiście wydaje się prosta i łatwa. Państwo pożyczy i wyda więcej, utrzymamy konsumpcję na dotychczasowym poziomie i mimo spowolnienia gospodarki unikniemy wyrzeczeń, do których będziemy zmuszeni, jeżeli rząd będzie zmniejszał wydatki. Kiedy wróci dobra koniunktura, zwrócimy długi.

Warto jednak zwrócić uwagę, że politycy, którzy to mówią, nie są wiarygodni, bo nawet w okresie bardzo dobrej koniunktury i szybkiego wzrostu gospodarczego wydawali więcej niż wynosiły dochody państwa. A to oznacza, że zaciągnięte przez nas długi będą spłacały nasze dzieci i wnuki. Są jeszcze inne, poza uczciwością wobec następnych pokoleń, argumenty na rzecz trzymania w ryzach deficytu. W obecnej sytuacji polskiej gospodarki jego zwiększanie grozi nam kryzysem podobnym do tego, który zafundowali sobie Węgrzy i z którego nie wygrzebią się przez lata.

Jeżeli rząd będzie finansował wyższy deficyt pożyczając pieniądze w polskich bankach, to tym samym ograniczy poziom kredytowania przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. W okresie zwiększenia ryzyka kredytowego, które występuje w czasie spowolnienia gospodarczego i pogorszenia kondycji finansowej przedsiębiorstw, banki chętnie kupią bezpieczne obligacje rządowe, ale wtedy dostęp przedsiębiorstw do kredytu będzie jeszcze trudniejszy. Będą one zmuszone rezygnować z inwestycji, ograniczać działalność, zmniejszać zatrudnienie. W efekcie wiele z nich utraci płynność finansową i upadnie. Gospodarka jeszcze bardziej zwolni.

Politykom i związkowcom może przyjść do głowy myśl, że jeśli pożyczanie w kraju pieniędzy niezbędnych do sfinansowania deficytu ma takie negatywne następstwa, to może trzeba pożyczać je za granicą. Niestety, w wyniku światowego kryzysu finansowanie deficytu budżetowego pieniędzmi zagranicznymi nie będzie tak łatwe jak dotychczas. Oferując obligacje polski rząd będzie konkurował z rządami państw wysoko rozwiniętych, uznawanych za bardziej wiarygodne, oraz z rządami państw tzw. wschodzących, które – mając obecnie ogromne potrzeby pożyczkowe – gotowe są płacić wysokie odsetki. Trzeba też pamiętać, że wzrost deficytu może być uznany przez rynki finansowe jako zwiększenie ryzyka osłabienia naszej gospodarki i złotego. A to oznacza, że potencjalni pożyczkodawcy zażądają wyższych odsetek i finansowanie długu stanie się jeszcze droższe.

Decyzja rządu o obronie założonego deficytu jest więc w pełni uzasadniona i zasługuje na szacunek, bo opiera się populistycznym żądaniom krótkowzrocznych polityków. Tym bardziej, że ma polegać na zmniejszeniu wydatków rządowych (z wyjątkiem wydatków na inwestycje współfinansowane przez Unię Europejską, co też jest słuszne), a nie na zwiększaniu podatków.