Polski system bankowy bezpieczny, mimo kryzysu finansowego

przez | 01/10/2008

Dyskusja o skutkach światowego kryzysu dla polskiego sektora finansowego w ostatnim czasie uległa zaostrzeniu. Zaogniła się również walka konkurencyjna na rynku usług finansowych. Widać wyraźnie, chociażby kontratak SKOK-ów, które straszą klientów w reklamach wizją „zbójeckich” banków, oczywiście nie naszych. Czy rzeczywiście należy się bać? Jeśli już to właśnie takiego prostolinijnego myślenia. Emocje w finansach są zwykle złym doradcą.

Odpowiadając na pytanie, czy polskim bankom może grozić jakieś niebezpieczeństwo, z powodu kryzysu finansowego ogarniającego świat, trzeba zwrócić uwagę na bardzo ścisły nadzór finansowy i kontrolę uczestników rynku. Wyjątkiem dotychczas były SKOK-i, które dziś kreują się na bardzo bezpieczne podmioty. Być może rzeczywiście system ubezpieczeń wzajemnych SKOK daje gwarancje, ale w praktyce niezbadana jest kondycja tych instytucji. Kasa krajowa sprawująca ustawowo funkcje nadzorcze, jest raczej zrzeszeniem branżowym. Brak faktycznego nadzoru finansowego państwa powoduje, że na rynku funkcjonują podmioty wymykające się niezależnej kontroli. Przejrzystość i atrakcyjność ich oferty stoi w takim przypadku w sprzeczności. Konkurowanie z tradycyjnymi, podlegającymi pełnemu nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego podmiotami, powinno burzyć postrzeganie ryzyka przez klientów. Sęk w tym, że w reklamach tego nie widać.

Wracając jednak do głównego problemu – Polsce nie grozi raczej sytuacja ze Stanów Zjednoczonych, że gwałtownie obniżające się ceny nieruchomości spowodują ujemną wartość zabezpieczeń hipotecznych w relacji do długu. I to mimo faktu, że polskie banki w większości są teraz mocno zaangażowane w długoterminowe kredytowanie nieruchomości. Wniosek taki jest uzasadniony na podstawie analizy sytuacji na polskim rynku nieruchomości. Warto zwrócić uwagę, że większość mieszkań dziś oddawanych do użytkowania kupowane było przy pomocy kredytu, ale za ceny często dwukrotnie niższe, niż obecne realia (pomimo wieszczonego przez niektórych regresu). Przesunięcia w realizowaniu inwestycji powodują, że relatywnie drogie mieszkania kupowane w 2007 roku na rynku pojawią się dopiero w 2009 i 2010 roku. Do tego czasu zdolność kredytowa nabywców powinna też się jeszcze poprawić wraz ze wzrostem wynagrodzeń. Czyli problem jest realny, ale jeszcze do opanowania. Nawiasem mówiąc, w naszym kraju zabieranie nieruchomości poprzez „foreclosure” jest bardzo utrudnione. Procedury zakładają więc większą odpowiedzialność całym majątkiem osobistym za dług. Klienci często o tym zapominają, jednak bankowcy zwracają na to baczną uwagę.

Bezpośrednie skutki kryzysu finansowego na rynkach rozwiniętych, w Polsce będą miały raczej ograniczony zakres. Wynika to nie tylko z daleko idącego nadzoru nad rynkiem, ale również słabego stopnia rozwoju usług finansowych. Po prostu nie korzystaliśmy z tak zaawansowanych produktów. Relacje pomiędzy sektorem finansowym, a tzw. sferą realną ciągle są w Polsce dużo słabsze niż w krajach Zachodu. Dodatkowo jeśli weźmiemy pod uwagę, że kredyty hipoteczne na mieszkania to zaledwie 10 proc. Produktu Krajowego Brutto, średnia w Unii Europejskiej to 40-50 proc., a w USA 70 proc., to okazuje się, że nasza słabość w chwili obecnej staje się naszą siłą. Mniejsze zadłużenie, brak instrumentów narażonych na wysokie ryzyko pozwala uniknąć dramatycznych strat na miarę amerykańską. Pewien wyjątek stanowiły może agresywne fundusze inwestycyjne, ale to raczej wyjątek potwierdzający regułę. Podejmując ryzyko trzeba liczyć się ze stratą.

Oczywiście jednak Polska nie jest samotną wyspą, działamy w warunkach globalizacji i do nas także dotrą efekty kryzysu, ale będą miały one raczej charakter pośredni. Swoje piętno odciśnie rosnąca awersja do ryzyka, czego przejawem będą droższe kredyty z uwagi na wyższe ryzyko. Dla planujących zaciągniecie kredytu mieszkaniowego może zmniejszać to jego dostępność. Może dojść do sytuacji, że banki nie będą tak łatwo udzielać już kredytów, nie tylko dlatego, że klienci nie będą mieli zdolności kredytowej, ale dlatego, że będą miały do czynienia z niedopłynnością. Kilka lat temu niemal każde spotkanie osób zainteresowanych sektorem bankowym rozpoczynała się od analizy nadpłynności sektora. Banki zalewane były nadmiarem gotówki z uwagi na dwucyfrowe stopy procentowe. Tańsze i powszechne kredyty zmusiły banki do bardziej aktywnego poszukiwania środków. Te możliwości (akcja depozytowa) powoli się wyczerpują i jeśli banki chcą podtrzymać akcję kredytową, to muszą szukać środków nie tylko w depozytach. Wyjściem być może jednak rozwój sekurytyzacji w jej tradycyjnym wymiarze, np. poprzez emisję listów zastawnych lub obligacji hipotecznych, a w dłuższej perspektywie wejście na eurorynki. Już przecież dziś są w Polsce banki oferujące kredyty o stałych stopach procentowych na 20-30 lat, ale ciągle niestety w euro. Dla złotego taka operacja w najbliższej perspektywie ciągle nie będzie możliwa. Negatywne oddziaływanie na polską gospodarkę kryzysu może objawić się poprzez wzrost niepewności na rynkach walutowych. To może opóźniać realnie naszą akcesję do strefy euro i ograniczony dostęp do innowacji finansowych.

Podsumowując dzisiejszą sytuację w polskim sektorze finansowym, można spodziewać się, że polskie oddziały zagranicznych instytucji, w przeciwieństwie do ich central, są w bardzo dobrej kondycji finansowej. Jest to możliwe dzięki wysokiej efektywności finansowej i przede wszystkim rosnącemu rynkowi. Popularyzacja usług finansowych związana jest z bogaceniem się polskiego społeczeństwa. Pomimo malkontenctwa niektórych, jest to nad wyraz widoczne. W Polsce duże rezerwy są jeszcze w sferze strukturalnej. Konieczność zreformowania branż żyjących ciągle na garnuszku państwa, reforma finansów publicznych i przemiany systemu emerytalnego będą kluczowe na podtrzymanie impulsów wzrostowych. Miejmy nadzieję tylko, że na naszych polityków opcja „kryzysowa” podziała jak kubeł zimnej wody, mobilizująco.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.