Zlikwidować ZUS, Głupcze!

przez | 30/07/2008

Z rządowych obliczeń wynika, że po zakończeniu reformy emerytalnej niektórzy Polacy otrzymają emeryturę nawet o jedną trzecią niższą od tej, która obowiązuje dzisiaj. Sposób inwestowania naszych środków przez OFE i ZUS powoduje, że tylko na dzień dzisiejszy łączne straty wszystkich emerytów wynoszą co najmniej 50 miliardów złotych.

Polski rząd, tuż przed rozpoczęciem swoich tegorocznych wakacji, zaprezentował wstępne założenia do długo oczekiwanej ustawy kończącej reformę emerytalną z 1999 r. Następnego dnia jedna z ogólnopolskich gazet podsumowała ten projekt jako biedoemerytura. Zdaniem dziennikarzy tej gazety projekt ten oznacza koniec marzeń o godnej emeryturze, nie mówiąc już o wczasach prezentowanych przez większość funduszy emerytalnych w swoich reklamach. Zdaniem prof. Marka Góry, jednego z twórców reformy emerytalnej, tak jest sprawiedliwie. Natomiast Wiceminister Pracy i Polityki Społecznej Chłoń-Domińczak radzi przyszłym emerytom, aby pracować dłużej niż obowiązujący teraz wiek emerytalny.

Każdy w Polsce wie, że miało być zupełnie inaczej na skutek reformy emerytalnej z 1999 r. Od początku jednak nie zrealizowano wszystkich założeń tejże reformy. Dodatkowo dokonano zmian na niekorzyść przyszłych emerytów, a w szczególności nie wprowadzono zasad wolnorynkowych. Uzasadnieniem wtedy i dziś braku kontynuacji reform było dobro emerytów, czego mamy skutki w postaci grożących nam biedoemerytur.  Z jednej strony w nowym systemie, czyli już od stycznia 2009 r., wysokość emerytury będzie zależała wyłącznie od składek odłożonych w otwartych funduszach emerytalnych i ZUS. Z założenia ile zaoszczędzimy w funduszach, tyle teoretycznie na starość otrzymamy. Jednak właśnie sposób oszczędzania i lokowania naszych środków powoduje tylko, że na dzień dzisiejszy łączne straty wszystkich emerytów wynoszą dziś potencjalnie 50 miliardów złotych i więcej. Dlaczego? Bo większość z naszych pieniędzy inwestowana jest w nisko oprocentowane obligacje skarbowe. Ustalona przez rząd polityka inwestycyjna ma co prawda chronić nasze oszczędności przed ewentualnymi zawirowaniami na giełdzie, a ostatecznie kończy się na tym, że to przyszyli emeryci finansują co miesiąc deficyt budżetowy. Od lat jednak wiadomo, że inwestycje w obligacje skarbowe generują niski dochód w długim terminie, a tylko akcje mogą przynieść nam wysoką rentowność. Do tego długoterminowe inwestycje w akcje charakteryzują się niskim ryzykiem, wyniki odpowiednich badań zaprezentował już w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku między innymi Jeremy Siegel z Wharton School, University of Pennsylvania.

Zatem sama tylko zmiana polityki inwestycyjnej OFE miałaby już istotny wpływ na wysokość przyszłych emerytur. Załóżmy, że przekazywana dziś składa przez ZUS do OFE byłaby na przykład lokowana w fundusz indeksowy, którego wyniki odzwierciedla stopa zwrotu z WIG, czy też dowolny fundusz akcyjny, który w tym przypadku odzwierciedla średnia stopa zwrotu wszystkich funduszy inwestycyjnych akcyjnych. Wtedy w ciągu ostatnich dziewięciu lat osiągnęlibyśmy wyższy zysk od średniego wyniku OFE o 2 915 złotych w przypadku inwestycji w fundusz indeksowy, czy też o 2 095 w przypadku inwestycji w średni fundusz inwestycyjny akcyjny. Z obliczeń zaprezentowanych w tabeli poniżej wyraźnie widać, że w długim terminie inwestycje w akcje przyniosłyby nam średnio wyższy zysk, niż obecna polityka inwestycja w OFE. Należy podkreślić, że obliczenia te uwzględniają nawet obecną bessę na giełdzie, a zatem w przyszłości różnice powinny być wyższe. Wynikają one z faktu, że polityka inwestycyjna OFE zakłada zrównoważony portfel, w którym dominują obligacje skarbowe. I tak pod koniec czerwca br. średni udział akcji w portfelach OFE wynosił tylko 29%, zaś pozostałe środki były ulokowane przede wszystkim w obligacjach i bonach skarbowych.

Różnice między zyskiem osiągniętym przez przeciętny OFE, a zyskiem z akcji mierzonych indeksem WIG czy też średnim zyskiem akcyjnego funduszu inwestycyjnego są tym większe, gdy uwzględni się długi termin inwestycji. Długi termin odpowiada tak naprawdę założeniom lokacyjnym z myślą o emeryturze. Zakładając, że od początku średnia składka co miesiąc zamiast w OFE inwestowana byłaby w średni fundusz akcyjny przez 40 lata poczynając od 1999 r., wtedy udałoby się uzbierać nie 428 tysięcy złotych, co wynika z średniej rentowności OFE za ostatnie dziewięć lat, ale już nawet 542 tysiące złotych. Natomiast, gdybyśmy się zdecydowali zainwestować naszą składkę w najlepszy fundusz akcyjnych dostępny obecnie na rynku, wtedy różnice te są jeszcze bardziej widoczne. W tym przypadku po 40 latach na koncie mielibyśmy 1 286 tysięcy złotych. Załóżmy teraz, że prognozujemy średni okres życia naszego emeryta na 20 lat, wtedy otrzymałby on co miesiąc blisko 20 tysięcy złotych (wycena wg wartości przyszłej). Natomiast w przypadku OFE może on liczyć na miesięczne świadczenia tylko w wysokości 5000 złotych.

Warto się zastanowić, co by się zaś stało, gdyby udało się do tego w ramach reformy emerytalnej z 1999 r. zlikwidować ZUS i całość naszych środków lokować tylko już na rynku. Obecnie tylko 7,3% składki emerytalnej trafia na indywidualne konta w OFE, zaś 12,22% trafia do ZUS. Zakładając, że wybralibyśmy znów najlepszy fundusz akcyjny, wtedy po 40 latach pracy mielibyśmy blisko 3,5 miliona złotych na koncie. Ponownie przyjmując, że żylibyśmy jeszcze tylko 20 lat, wtedy moglibyśmy miesięcznie wypłacać sobie blisko 50 tysięcy złotych. Różnice między rządową biedoemeryturą, a obliczeniami opartymi na wynikach historycznych GPW i akcyjnych funduszy inwestycyjnych potwierdzają, jak ważna jest polityka inwestycyjna dla przyszłych świadczeń emerytalnych.

Na koniec można by stwierdzić, że może nie warto się martwić, gdyż rząd również zamierza nas pozbawić nawet przywileju wyboru formy wypłaty emerytury z OFE. W Chile, które jako pierwsze wdrożyło nowy system emerytalny i na którym my już tylko teoretycznie się wzorujemy, istnieje wybór co do formy świadczenia emerytalnego. Po pierwsze, uczestnicy mogą się na przykład zdecydować przejść na emeryturę nawet już w wieku 50 lat, gdy mają odłożoną kwotę środków, która gwarantuje im minimalną rentę dożywotnią. Mogą oni też dłużej pracować i na przykład zdecydować się na przejście na emeryturę w wieku 60 lat i wybrać większość ze swoich środków. Ograniczeniem w tym przypadku jest tylko kwota, która musi zostać na naszym koncie, aby zagwarantować nam minimalną rentę dożywotnią. Wedle tego systemu mamy zatem możliwość przez pierwsze lata poszaleć, a następnie powoli dożywać w spokoju swojej starości, co niestety nie będzie możliwe w Polsce.

Istotna różnica między Polską, a Chile w reformie systemu emerytalnego niestety była widoczna od samego początku. W Chile od początku postawiono na wolny rynek i prawo wyboru. Dlatego zdecydowano się zlikwidować odpowiednik ZUS i dziś 97% społeczeństwa ubezpieczona jest przez prywatne podmioty. Państwo ingeruje wyłącznie wtedy, gdy system i działania wolnorynkowe okazały się nie wystarczające, aby zapewnić minimalny poziom zabezpieczenia obywatelowi. Dlatego nikt by tam nie wpadł na taki pomysł jak w Polsce, aby ZUS był instytucją na przykład wypłacającą naszą emeryturę według zasad ustalonych przez urzędników. Tam również fundusze emerytalne mogą inwestować środki w zależności od wybranej przez klienta strategii, co dodatkowo pobudziło gospodarkę, a w szczególności inwestycje infrastrukturalne.

Zatem żeby uchronić nas przed biedoemeryturą wystarczyłoby zlikwidować ZUS i wprowadzić zasady wolnorynkowe w sektorze ubezpieczeń emerytalnych. O sile i skuteczności zasad wolnorynkowych chyba w Polsce nie należy nikogo przekonywać oprócz samych urzędników. Warto podkreślić, że na zmniejszenie roli ZUS i zwiększenie wolności w działalności funduszy emerytalnych wskazał również były Minister Pracy Chile dr Jose Pinero, który był gościem konferencji zorganizowanej przez SGH i ING w maju br. Niestety nikt nie skorzystał z doświadczenia chilijskiego oraz nie posłuchał do końca rad Dr Pinero. Pewne dlatego rząd przedstawił nam projekt naszych przyszłych biedoemerytur.