Gold Finance: Podsumowanie dnia 20.05.2010

By | 21/05/2010

Spadkowa fala wyraźnie przybiera na sile na niemal wszystkich giełdach świata. Rynek wszedł w fazę, w której dynamika ta nie potrzebuje żadnej pożywki w postaci mniej lub bardziej istotnych informacji czy wydarzeń. Korekta zdaje się toczyć swoim rozpędem i nie widać szans, by miała się wkrótce zatrzymać.

Taki stan kończy się zwykle mocniejszym odreagowaniem. Niewykluczone jednak, że wcześniej zobaczymy jeszcze fazę paniki, podobną choćby do tej z 6-7 maja. W dalszej perspektywie test lutowych dołków wydaje się nieunikniony.

Polska GPW

Czwartkowa sesja na warszawskim parkiecie zaczęła się umiarkowanie optymistycznie. Indeks największych spółek zyskiwał na otwarciu prawie 0,5 proc., a WIG i mWIG40 po niemal 0,4 proc. Jedynie wskaźnik najmniejszych firm tracił 0,2 proc. Po ponad 1 proc. zyskiwały akcje BZ WBK, PKO, Telekomunikacji Polskiej oraz KGHM. Sytuacja jednak szybko zaczęła się pogarszać, idąc śladem słabnących giełd europejskich i kontraktów na amerykańskie indeksy. Tuż po południu WIG20 tracił prawie 1,5 proc. Przecena nie ominęła też akcji PZU, które spadały o ponad 3,5 proc. Skala spadku wciąż się powiększała, ale po przełamaniu przez wskaźnik największych firm poziomu 2300 punktów, popyt podjął próbę jego obrony. Szanse na to zniweczył fatalny początek handlu na Wall Street, gdy tamtejsze indeksy zniżkowały po ponad 2 proc. Ostatecznie WIG20 stracił 2,95 proc., WIG spadł o 2,8 proc., a wskaźniki małych i średnich firm zniżkowały po 2,54 proc. Wartość obrotów przekroczyła 2,5 mld zł.

Giełdy zagraniczne

W środę na Wall Street bykom nie udało się przerwać spadkowej serii trwającej od pięciu kolejnych sesji, z jedną tylko wątpliwej jakości przerwą wymęczoną w końcowej części notowań. Tylko przez chwilę indeksy wyszły nieznacznie nad kreskę. W najgorszym momencie S&P500 dotknął 1100 punktów. Wówczas spadek sięgał już niemal 1,8 proc. w porównaniu do wtorkowego zamknięcia i 9,6 proc. od szczytu z końca kwietnia. Jedynym sukcesem była obrona tego „okrągłego” poziomu. Ostatecznie wskaźnik stracił „jedynie” 0,5 proc. Długie dolne cienie świec widoczne od pamiętnej sesji z „czarnego czwartku” 6 maja, gdy indeks tracił w ciągu dnia ponad 8 proc., wskazują, że byki są zdolne do zrywu jedynie wówczas, gdy spadek już bardzo „boli”. Wiele więcej nie są w stanie wywalczyć. Oczywiście dojdzie do bardziej dynamicznego odreagowania, można jednak mieć coraz większe wątpliwości, czy odmieni ono mocno pesymistyczny obraz rynku na dłużej. Okoliczności „około rynkowe” wciąż zdają się niezbyt sprzyjać takiemu scenariuszowi, ale jak to często bywa, nadmierny pesymizm może stać się dobrą pożywką dla wzrostu. Niewykluczone zaś, że ten pozwoliłby spadkowej korekcie w pełni się rozwinąć.

Na giełdach azjatyckich znów ostro powiało chłodem. Nikkei zniżkował o 1,5 proc. i sytuacja tego indeksu stała się bardzo poważna. Dość zdecydowanie zbliża się on do lutowego dołka. Do jego osiągnięcia brakuje jedynie 160 punktów, czyli 1,6 proc. Jeszcze gorzej było na chińskim parkiecie. Shanghai B-Share spadł aż o 3,7 proc.

Od kwietniowego szczytu stracił już 24 proc. i także zmierza do dołka, tyle że z września ubiegłego roku. Dziś był nad nim jedynie 9 punktów, czyli 4,4 proc. Shanghai Composite zniżkował o 1,2 proc.

Handel na głównych parkietach europejskich zaczął się w okolicy środowego zamknięcia, a indeksy w Paryżu i Londynie do południa czaiły się na niewielkich plusach, zyskując po około 0,5 proc. Znacznie słabiej zachowywał rewelacyjny do niedawna wskaźnik giełdy we Frankfurcie. W pierwszej części sesji dwukrotnie zagrożony był poziom 6000 punktów. Na giełdach naszego regionu było dość spokojnie, ale i różnorodnie. Mocno ostatnio przeceniany rumuński BET zyskiwał około południa 1,6 proc. Węgierski BUX rósł o 0,2 proc. W Moskwie spadek sięgał 0,3 proc., zaś w Sofii wyniósł aż 2,4 proc.

Po południu sygnał do zwiększenia skali spadków dał niemiecki DAX, za którym stopniowo podążyły pozostałe parkiety. Główne indeksy zniżkowały po ponad 2 proc. Moskiewski RTS tracił prawie 5 proc., turecki ISE100 zniżkował o ponad 4 proc., ateński ATGI spadał o prawie 3 proc. Tuż po godzinie 16.00 indeks w Paryżu tracił 3,5 proc, w Londynie zniżkował o 2,7 proc., a DAX tracił 2,5 proc.

Waluty

Po osiągnięciu czteroletniego minimum, kurs euro w końcu zdobył się w środę na poważniejsze odreagowanie spadków, których końca nie było widać. Zmiany sięgające 3 centów, czyli przekraczające 2 proc., zachodzące w ciągu zaledwie kilku godzin, mogą robić spore wrażenie na przeciętnych obserwatorach rynku. Nie wspominając o posiadaczach mocno zlewarowanych pozycji. Tych ostatnich mogą z pewnością przyprawić o zawrót głowy. Może właśnie o wywołanie tego efektu chodziło niemieckim inicjatorom ostatnich posunięć skierowanych przeciw „spekulantom”, działającym na rynkach finansowych. Jeśli tak, to okazały się one bardziej skuteczne niż realne interwencje przeprowadzane na rynku. W każdym razie wczoraj euro było górą i jego kurs sięgnął 1,244 dolara, a wykres tego kursu wygląda jak trasa górskiej kolejki w wesołym miasteczku. Tyle tylko, że powielanie takiego schematu na rynku wcale wesołe nie jest. Dziś było dużo spokojniej. Wahania przebiegały w wąskim zakresie 1,23-1,24 dolara za euro.

Nasza waluta nie miała wielkiego wyboru i na ten rollercoaster się „załapała”. Zakres jego wahań wobec dolara wynosił „zaledwie” 5 groszy, ale za to ten dystans w ciągu środowego handlu pokonywany był aż trzykrotnie w różnych kierunkach. Zakończenie tej „jazdy” nastąpiło wieczorem na poziomie 3,33 zł za „zielonego”. Z kolei ruch wobec wspólnej waluty miał bardziej zdecydowany kierunek i większą skalę.

Z osiągniętego rano poziomu niespełna 4,03 zł kurs euro skoczył do ponad 4,13 zł w środowy wieczór. Szczęśliwie posiadacze kredytów we frankach doznali nieco mniejszych wrażeń, ale i tak „szwajcar” na rynku międzybankowym był wyceniany w przedziale od 2,85 do 2,92 zł, czyli od prawie 16 do 23 groszy drożej niż jeszcze przed miesiącem. Dziś kurs dolara poruszał się do południa między 3,33 a 3,36 zł, za euro trzeba było płacić od 4,1 do 4,14 zł, a za franka od 2,87 do 2,92 zł. W drugiej części dnia znów zaczął mocno tracić. Dolar zdrożał przez moment do 3,4 zł, czyli do poziomu najwyższego od ponad roku, za euro trzeba było płacić 4,2 zł, a za franka 2,96 zł. Po tym uderzeniu złoty odrobił około 3 grosze.

Podsumowanie

Dziś nasze indeksy, z wyjątkiem wskaźnika średnich spółek, z impetem spadły poniżej ostatniego dołka z 7 maja i zmierzają w kierunku tegorocznego minimum z 11 lutego. WIG20 ma do pokonania tego dystansu niecałe 140 punktów. Dziś byki postanowiły za wszelką cenę bronić poziomu 2300 punktów, nie oglądając się na fatalny początek handlu w Stanach Zjednoczonych, gdzie indeksy spadały po ponad 2 proc.

To świadczy o determinacji byków, ale nie o ich sile. W ostatnich minutach sesji musiały skapitulować. Prawdopodobnie w najbliższym czasie może dojść do odreagowania przeceny, ale przy obecnym stanie rynku trudno przypuszczać, by lutowy dołek nie został przetestowany.

Roman Przasnyski

Główny Analityk Gold Finance