Gospodarka w dół, giełda niekoniecznie

By | 30/01/2009

Załamanie na rynkach finansowych to dopiero pierwsza odsłona kryzysu. Najgorsze w realnej gospodarce jest dopiero przed nami, ale giełda prawdopodobnie osiągnęła już swoje dno.

Gorsze wskaźniki i perspektywy

Większość publikowanych danych makroekonomicznych zarówno w Stanach Zjednoczonych, w krajach starej Unii Europejskiej jak również w Polsce jest na coraz niższym poziomie, przekraczając w dół i tak już mocno pesymistyczne prognozy analityków rynku. O ile jeszcze pół roku temu największym zmartwieniem ekonomistów była silna presja inflacyjna powodowana wzrostem cen ropy naftowej i innych surowców, tak obecnie głównym problemem w Stanach Zjednoczonych są zmiany na rynku pracy. Tylko w ostatnim kwartale 2008 roku w amerykańskiej gospodarce ubyło ponad 1,4 mln miejsc pracy, co doprowadziło do wzrostu stopy bezrobocia do poziomu 7,2%. W całym 2008 roku wyparowało 2,6 mln miejsc pracy, najwięcej od 1945 roku. Prognozy na kolejne kwartały są nadal pesymistyczne. Według ekspertów Komisji Europejskiej w 2009 roku bezrobocie w USA wzrośnie do poziomu 7,5%, a w 2010 roku może wynieść nawet 8,1%. Spadek dochodów ludności będzie skutkował dalszym spadkiem popytu wewnętrznego, który jest kluczowy dla gospodarki USA. W konsekwencji roczne tempo wzrostu gospodarczego za oceanem spadnie w 2009 roku do minus 0,5%. Stany Zjednoczone jako kraj odpowiedzialny za wywołanie globalnego kryzysu finansowego prawdopodobnie poniosą również najbardziej dotkliwe skutki kryzysu. Niewiele lepiej na tle Stanów Zjednoczonych rysują się perspektywy dla gospodarki Unii Europejskiej. Według prognoz KE we wszystkich krajach członkowskich wspólnoty należy się spodziewać spadku produkcji przemysłowej. Wzrost gospodarczy całej Unii ma wynieść zaledwie 0,2% w 2009 roku, a przewidywany średni wzrost bezrobocia w poszczególnych krajach członkowskich 1-2 pkt. proc. Pesymistyczne szacunki makroekonomiczne dotyczą również drugiej potęgi gospodarczej świata – Japonii. Według prognozy japońskiego rządu tempo wzrostu PKB w 2009 roku wyniesie 0 i będzie to jeden z najgorszych wyników ostatnich siedmiu lat. Jeszcze dalej w swych prognozach idą przedstawiciele KE, którzy uważają, że w 2009 roku japońska gospodarka skurczy się o 0,4%. Według tych szacunków produkcja zmniejszy się o 1 pkt. proc. w porównaniu do 2008 roku i o 2,5 pkt. proc. w stosunku do 2007 roku. Osłabienie koniunktury pogorszy sytuację na rynku pracy. Według szacunków rządowych stopa bezrobocia na koniec 2009 roku wzrośnie z obecnych 4,1% do blisko 5%. Ostrego hamowania nie uniknie również najszybciej rozwijająca się w ostatnich latach gospodarka Chin, która pomimo spowolnienia będzie jednak rosła w tempie znacznie szybszym w porównaniu do innych krajów. Optymistyczne szacunki PKB na 2009 rok mówią o 8,2% (Azjatycki Bank Rozwoju) oraz o 7,6-7,8% (Komisja Europejska). Bardziej sceptyczny w ocenie jest Bank Światowy, który prognozuje wzrost o niespełna 7,5%, czyli najniższy poziom chińskiego PKB od blisko 20 lat. Jeszcze gorszą sytuację przewiduje agencja ratingowa Fitch, według której osiągnięcie tempa rozwoju na poziomie 7% byłoby sporym sukcesem. Kłopoty chińskiej gospodarki będą wynikały przede wszystkim ze spadku tempa eksportu o blisko połowę, za co z kolei odpowiadać będzie zła sytuacja większości krajów importujących chińskie towary.

Polska na tle innych krajów

Rozpoczynający się rok nie będzie łatwy także dla naszej rodzimej gospodarki, choć na tle innych krajów mamy szansę wypaść całkiem przyzwoicie. W większości opinii prezentowanych przez uznane autorytety, w 2009 roku polska gospodarka powinna się rozwijać w tempie 2-3%. Porównując taki wynik do lat poprzednich, oznacza to wyraźne spowolnienie gospodarcze, ale nie recesję w znaczeniu dosłownym. Biorąc ponadto pod uwagę prognozy dla krajów rozwiniętych, polska gospodarka ma szansę zająć bardzo wysoką pozycję w takim rankingu. Według prognoz OECD nasz kraj wraz z Czechami w najmniejszym stopniu odczuje skutki światowego kryzysu gospodarczego, które powinny być dla nas łagodniejsze od tych z poprzedniego cyklicznego spowolnienia z lat 2001-2002. Przede wszystkim spodziewany wzrost bezrobocia powinien być znacznie mniejszy niż ten z okresu przed wejściem do Unii Europejskiej, kiedy bez pracy pozostawało ponad 20 procent społeczeństwa. Według najnowszej prognozy resortu pracy, stopa bezrobocia w pesymistycznym wariancie wyniesie maksymalnie 12%, wobec 9,5% obecnie. Głównym czynnikiem stawiającym nasz kraj w relatywnie lepszej pozycji są środki unijne, których wysokość do zagospodarowania w latach 2015-2016 wynosi 68 mld euro. Mamy jeszcze jedną przewagę nad Stanami Zjednoczonymi oraz rozwiniętymi krajami Unii Europejskiej. Nieuniknione skutki kryzysu docierają do Polski z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Pozwala to lepiej przygotować się do nowej sytuacji wyciągając także wnioski z doświadczeń innych krajów, które wcześniej weszły na ścieżkę spowolnienia.

Kiedy poprawa?

Opinie co do długości trwania recesji są podzielone. Można zauważyć dwa nurty w szacunkach okresu spowolnienia. Pierwszy oparty na przewidywaniu skutków załamania na rynkach finansowych to pogląd prezentowany m.in. przez ekspertów Komisji Europejskiej. Zakłada on, że 2009 rok będzie okresem największego spadku PKB w gospodarce światowej, natomiast ożywienie powinno nadejść dopiero w drugiej połowie 2010 roku. Drugie podejście oparte jest na danych statystycznych. W okresie od II Wojny Światowej gospodarka Stanów Zjednoczonych przeżyła 10 recesji, których średni czas trwania wynosił 10,4 miesięcy. Najkrótsza recesja w 1980 roku trwała zaledwie 6 miesięcy. Dwie najdłuższe z lat 1981-82 oraz 1973-75 utrzymywały niekorzystny klimat gospodarczy za oceanem przez okres 16 miesięcy. Zakładając, że uda się uniknąć powtórki najgorszego scenariusza z okresu Wielkiego Kryzysu (recesja 43 miesiące od sierpnia 1929 do marca 1933, stopa bezrobocia 25%), obecna recesja powinna się zakończyć w ciągu najbliższych kilku-kilkunastu miesięcy.

Dno giełdowe wyprzedza dno recesji

Obecna sytuacja rynków finansowych także na tle sytuacji gospodarczej do złudzenia przypomina jeden z najbardziej dramatycznych okresów dekoniunktury giełdowej z połowy lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Recesji w światowej gospodarce przysłużyły się wówczas także rekordowe ceny surowców po wstrzymaniu przez kraje arabskie dostaw ropy naftowej do krajów zachodnich w odwecie za poparcie przez te ostatnie Izraela w wojnie Jom Kippur z Egiptem (pierwszy kryzys naftowy). Głęboka 16-miesięczna recesja w gospodarce USA rozpoczęta wg National Bureau of Economic Research (NBER) w 1973 roku, do 9 grudnia 1974 roku sprowadziła indeks Dow Jones Industrial Average aż o 46,6% poniżej szczytu hossy z 11 stycznia 1973 roku. W powojennej historii Wall Street była to największa zniżka przekraczająca swą skalą zarówno krach z 1987 roku (spadek o 41,2%) jak też bessę po pęknięciu bańki internetowej na początku obecnego milenium (spadek o 38,7%). Przez ponad 30 lat wydawało się, że ten smutny rekord będzie trudny do pobicia. W piątek 21 listopada bieżącego roku Średnia Przemysłowa zanotowała jednak minimum, które od szczytu z 11 października 2007 roku oznaczało spadek o 47,5%. Większe od obecnych straty wystąpiły jedynie w okresie II wojny światowej (do 1942 roku) oraz w czasie Wielkiego Kryzysu.

wykresy

Indeks S&P500 w 1974 i 2008 roku. Źródło danych: Stooq.pl. Oznaczenia własne.

Recesja z lat 1973-75 była jednocześnie jednym z niewielu okresów, kiedy Produkt Krajowy Brutto Stanów Zjednoczonych utrzymywał ujemną dynamikę przez 3 kolejne kwartały. Pierwszy w czarnej serii był trzeci kwartał 1974 roku (spadek PKB o 3,8%). W czwartym kwartale 1974 roku gospodarka zwolniła o 1,6%, a w pierwszym kwartale 1975 roku ujemne PKB osiągnęło poziom -4,7%. Historia Wall Street dowodzi jednak, że rynek akcji zaczyna się podnosić na około pół roku przed widocznymi oznakami poprawy sytuacji gospodarczej. Tak też było w 1974 roku, kiedy pierwszy w serii trzech kwartałów z ujemnym PKB pokrył się z dnem giełdowym indeksu szerokiego rynku S&P500 zanotowanym 4 października 1974 roku Do połowy marca 1975 roku, kiedy recesja w USA zbliżała się już do końca, indeks ten wzrósł o 42,8% nie schodząc już nigdy do poziomu dna z października 1974 roku. Według NBER dno giełdowe 1974 roku przypadło na początku dwunastego miesiąca recesji. W obecnej bessie najniższy punkt indeks S&P500 zanotował 21 listopada, a więc również w dwunastym miesiącu recesji, która według NBER rozpoczęła się za oceanem w grudniu 2007 roku.

Podobieństwo giełdowej bessy z lat 1973-74 do obecnej 2007-2008 jest uderzające. Świadczy o tym nie tylko porównywalna skala spadków i warunki makroekonomiczne, ale także układ techniczny amerykańskiego indeksu S&P500. Identyczna struktura spadkowych fal, skrajny poziom emocji, strachu i wyprzedania rynku to tylko niektóre z przesłanek pozwalających przypuszczać, że rynek niedźwiedzia zakończył się w listopadzie ubiegłego roku.

Jacek Rzeźniczek